Newsletter
Wprowadź swój adres e-mail

BEST - Bezpieczna strona - Certyfikat

Wanda Chotomska: Kiedyś pisałam dla córki

Wydawnictwo Muza zdecydowało się na wznowienie wydania dwóch książek Wandy Chomskiej: „Panna Kreseczka” i „Muzykalny słoń”. Z tej okazji 18 października 2013 roku odbyła się konferencja prasowa z udziałem autorki.

Książki ukazują się po wielu latach jako wznowienie. Jakie to uczucie zobaczyć je jeszcze raz na półkach księgarni, szczególnie, że „Panna Kreseczka” została wydana po raz pierwszy w formie książkowej? Wcześniej przecież była wydawana w odcinkach w „Świerszczyku”.
Wanda Chotomska:
Bardzo się ucieszyłam, a ucieszyłam się szczególnie, że ucieszył się Bohdan Butenko, który nie spodziewał się, że drukarnia tak pięknie to zrobi. I rzeczywiście wielkie brawa dla drukarni, bo przepięknie przygotowali te książki. Jakość koloru jest świetna. A było to bardzo trudne do zrobienia ponieważ odtwarzali te ilustracje z pożółkłych już numerów „Świerszczyka”. Kiedyś pisałam dla córki, dzisiaj dla prawnuków. Świetnie, że jest taka technika, która pozwala to wszystko ocalić od zapomnienia.

Nie bała się Pani powrotu książek sprzed ponad pięćdziesięciu lat?
WCh:
Czego mam się bać? Tego, że się zestarzało? Dopóki ja się w środku nie zestarzałam, to to także to, co robię się nie zestarzało. Może moje opakowanie się trochę zmieniło, ale farsz nie.

„Muzykalny słoń” to książka, która wprowadza dzieci w świat muzyki. Jak ważna jest dla Pani inspiracja muzyką podczas pisania?
WCh:
Bardzo ważna. My jesteśmy społeczeństwem „odmuzykalnionym” i „odplastycznionym”. Chciałam, żeby dzieci poznały instrumenty muzyczne, żeby im jakoś opowiedzieć o muzyce. Pisanie „Muzykalnego słonia” to był zamiar edukacyjny. Zresztą dużej liczbie moich książek przyświeca zamysł edukacyjny. I teraz rodzi się pytanie: jak tę edukację podać, żeby była ona strawna dla czytelników. W „Muzycznym słoniu” dzieci nie tylko zapoznają się z instrumentami, ale również przekonują się, że najlepiej działać razem, „wespół w zespół”, cytując Starszych Panów.

Przy procesie wznawiania wydania książek wyniknął problem uwspółcześniania języka.
WCh:
Po 55 latach język wymaga liftingu. Na przykład w świerszczykowym wydaniu „Panny Kreseczki” pojawia się słowo fruktowiec. Kto dzisiaj wie, co to znaczy? To było coś takiego co się piło, więc dałam oranżada. Ale to trzeba było wszystko zmienić do rymu, więc była to kunsztowna praca. Kolejne słowo to przodownica. Nie ma ich przecież dzisiaj. Musiałam zmienić na gospodyni. Ale nie wszystko zmieniam. Traktorzystkę zostawiłam.

Czy da się w dzisiejszych czasach, zdominowanych przez telewizję i komputer za pomocą wznawianych książek zachęcić dzieci do czytania?
WCh:
Bardzo ważne jest, żeby książki były modne. Proszę mi powiedzieć, w ilu czasopismach dla pań są choćby krótkie zachęty do czytania książek dzieciom. Mnóstwo jest, jakie kremy używać, a o tym, jakie książki czytać jest minimalnie. Po raz pierwszy mam recenzję np. w „Twoim Stylu”, ale powinno być tego więcej. Trzeba zachęcać do tego, co jest najlepsze, właśnie do czytania, że to jest modne, że to się nosi w tym sezonie.

Jak wygląda Pani praca z ilustratorami?
WCh:
Z Bohdanem Butenko znakomicie. Gdy wspomnę mu, że coś napisałam i chciałabym dać to do zilustrowania, to Bohdan mówi: Już się biorę do roboty! Twoje wszystko! W ogóle ilustratorzy uważają, że mnie się łatwo ilustruje. W każdym wierszu są postacie, każdy wiersz jest opowiadaniem. Zresztą tak samo jest z piosenkami. Nie wiem, ile ich już napisałam. Kompozytorzy mówią, że im się bardzo dobrze pisze muzykę do tych tekstów, ponieważ są rytmiczne, muzyczne.

Czy ma Pani wpływ na sam proces powstawania tych ilustracji?
WCh:
Nie, nie mam wpływu na ilustracje. Nie muszę przecież mieć żadnego wpływu na pracę Butenko. Bywa, że nie mam w ogóle wpływu na pracę nad książką. Wydawnictwo wydaje, a ja nie wiem do końca jak to będzie wyglądać i dopiero widzę na półce w księgarni. Chciałabym, żeby było bliższe porozumienie między autorem i wydawnictwem. Niestety, wydawnictwa w ogóle się z tym nie liczą. Później widzę po prostu gotowy produkt i czasami jest to koszmarne. Czasami jest tak, że mnie po prostu nikt nie informuje, kto będzie ilustrował moją książkę. Często najtańszy wygrywa. A najtańszy, to niekoniecznie najlepszy.

Jak Pani ocena obecną sytuację książki dziecięcej?
WCh:
Jeśli chodzi o plastykę, a to jest rzecz, na którą kupujący książkę zwraca uwagę jako pierwszą, nasz rynek jest zasypany straszliwie śmieciami. Bardzo bym chciała, żebyśmy odśmiecili te ilustracje. Bo niestety w nich jest taka bezpłciowość, taka tandeta. Może się poprawia, ale na razie jest tragedia! W wydawnictwach kiedyś byli kierownicy graficzni, dobre, duże nazwiska. Teraz nie ma czegoś takiego, bo w tej chwili decyduje właściwie dział handlowy. I nie jest to najlepsze, bo dział handlowy może ewentualnie jako obrazki zaproponować banknoty.

Ma Pani może jakiś sekret swojego pisania?
WCh:
To nie ja jestem do odgadywania własnych sekretów. Nie mam zresztą żadnych sekretów. Często mam takie pytania, najczęściej z pism kobiecych. W jaki sposób udaje mi się zachować taką cerę? A ja odpowiadam, że za chwilę idę sobie w nią wklepać uśmiechy moich czytelników. Nie mam sekretów, a moje pisanie jest takie, jaka ja jestem. Sekretem jest może tylko to nad czym teraz pracuję. Mogę powiedzieć tylko, że zostanie wznowiony „Pan Motorek”, a o innych rzeczach już nie będę mówić.

Pracuje Pani nieustannie.
WCh:
No tak. Z uwagi na kłopoty z chodzeniem, nie mogę wyjeżdżać, nie mogę uczestniczyć w tak wielu spotkaniach, siedzę w domu, a coś trzeba robić. Więc piszę.

Czy jest jeszcze jakiś konkretny plan, który chciałaby Pani zrealizować, coś koniecznie zrobić?
WCh:
Jak chcę, to robię. Jak chcę, to nie mówię, tylko szybko siadam i robię... Nie, nie siadam. W zasadzie robie to w pozycji półleżącej, układam zagłówek, biorę długopis, kartkę i piszę. Wszystko odręcznie.

Jakie książki z dzieciństwa zrobiły wrażanie na Pani?
WCh:
Nauczyłam się czytać nie na książkach, tylko na reklamach. Jako mała dziewczynka chodziłam po Warszawie i pytałam rodziców o litery na szyldach, a oni mówili mi, co tam jest napisane. Nie byłam dzieckiem ulicy, a właśnie tam nauczyłam się czytać. Bardzo ważne są spacery z dzieckiem. Podczas nich dziecko wiele się uczy. Jak już się nauczyłam czytać, rodzice kupowali mi książki, a ja czytałam. Poznałam Makuszyńskiego, Brzechwę, Tuwima. Zastanawiałam się zawsze jak im tak gładko wychodzi pisanie, zwłaszcza rymowanie. Teraz najchętniej czytam różne wspomnienia, dobrze napisane biografie, pamiętniki.

Dlaczego zdecydowała się pisać dla dzieci?
WCh:
Przecież moje książki są czytane również przez dorosłych, którzy wybierają je dla swoich dzieci w księgarniach, a później im czytają przed zaśnięciem. Tak naprawdę to ja piszę sama dla siebie. Sama sobie daje zlecenia. Nie chciałam zaistnieć w takiej czy innej literaturze. Piszę po prostu o tym, co jest mi najbliższe.

Przygotowanie materiału: Paula Szczepańska, zdjęcie: wikipedia