Newsletter
Wprowadź swój adres e-mail

BEST - Bezpieczna strona - Certyfikat

Nie muszę mówić

Pamiętam, że zazdrościłam koleżance, która potrafiła napisać, że być może dla ludzi to jest jakiś problem, że ona nie mówi, tyle ile inni by chcieli… – o inspiracji do powstania „Nieśmiałka” opowiada pisarka Sylwia Chutnik.

1. Dlaczego wybrała Pani na bohatera swojej książki dziecko, które jest nieśmiałe?
Inspiracją do napisania książki nie było dziecko, ale moja rówieśniczka, która kiedyś podczas warsztatów z asertywności, kiedy mieliśmy ćwiczenie dotyczące tego, co musimy, a czego nie musimy robić, napisała na kartce „nie muszę mówić, kiedy tego nie chcę”. A jest ona znana z tego, że bardzo mało mówi. Pomyślałam sobie, że świadomość co mogę, to jest coś, co każdy powinien mieć. Pamiętam, że zazdrościłam koleżance, że potrafiła tak napisać i tego, że była na tyle świadoma, że wiedziała, że być może dla ludzi to jest jakiś problem, że ona nie mówi, tyle ile oni by chcieli. Zrobiło to na mnie na tyle duże wrażenie, że gdzieś to sobie zanotowałam i kiedy Iwona Krynicka z Wydawnictwa Muza zaprosiła mnie do tej serii, od razu pomyślałam – „Nieśmiałek”.

2. W serii Poczytajki Pomagajki temat nieśmiałości jest stosunkowo „delikatnym” tematem. W zestawieniu z alkoholizmem, separacją rodziców, czy też chorobą nowotworową, które są bardziej traumatyczne dla dzieci – mamy do czynienia z jakąś cechą ludzkiej natury. Czy nieśmiałość może prowadzić do traumy?
Nie. Ale skoro ten temat przyszedł do mnie od razu i nie było sprzeciwu ze strony wydawnictwa, pomyślałam, że to dobry temat. Ja nie lubię hierarchizowania tematów mniej lub bardziej ważnych. Takich, o których należałoby porozmawiać, albo takich, które być może będą dla dzieci trudnościami. Hierarchizacja jest cechą dorosłych. Zwykle deprecjonujemy to, co dzieje się w świecie dziecięcym. Po czym okazuje się, że to coś może być bardzo ważne.

3. W książce daje Pani przyzwolenie, aby dzieci nie próbowały pokonać swojej nieśmiałości. Bohater ma szczęście, bo trafia na wyrozumiałą nauczycielkę. Ale czy pokazywanie dzieciom, żeby nie walczyły ze swoimi słabościami jest dobre? Wiadomo, że w dorosłym życiu otoczenie bywa okrutne i zderzenie z nim może być bolesne. A może takie było założenie tej serii?
Założenie tej serii było takie, że książki są kierowane nie tylko do dzieci, ale także do osób, które je z nimi czytają - rodziców, opiekunów, pedagogów. Wprowadzenie postaci rozumnej nauczycielki, co przecież nie jest oksymoronem, też miało swoje zamierzenie. Aby zrobić coś w umysłach osób, które z dziećmi pracują. Słowo „nauczycielka” jest też często synonimem nieuważnego obchodzenia się z dziećmi i ich problemami. A druga sprawa jest taka, że zwykle wchodzenie w nowy etap życia jest bolesne i nie da się inaczej. Chciałam pokazać sytuację, w której jesteśmy jacy jesteśmy, co może zabrzmi kontrowersyjnie w kontekście psychoanalizy, psychoterapii, usprawniania siebie pod kątem społeczeństwa, pracy i wielu innych rzeczy. A ja myślę, że dobrze czasem jest zaakceptować pewne cechy, które mamy. Czy bajka jest poklepaniem po plecach kogoś nieśmiałego? Nawet jeżeli tak, to wydaje mi się, że taka cecha, jak nieśmiałość, nie robi krzywdy innym. Gdyby to była agresja, to należałoby reagować, bo jest to negatywne również dla całej reszty. A cóż nam z tego, że ktoś jest nieśmiały. Chociaż „Nieśmiałek” w książce ma koleżankę. To nie jest tak, że on dobija się do świata z wewnątrz siebie i cierpi. On ma swoją Zosię i jemu to wystarcza. A proszę zauważyć, że w każdej chwili każdy z nas może być „innym”.

4. I chyba nie ma w tym nic złego. To jest zwykle cecha, na którą mamy lub nie mamy wpływu.
Tak, i podobnie jest z nieśmiałością. Czasem włącza się ona w konkretnych sytuacjach, ale w innych, ta sama osoba jest duszą towarzystwa. I być może „Nieśmiałek” w kontakcie z Zosią już nie jest nieśmiały.

5. Jest Pani także autorką książek dla dorosłych. Jak czuła się Pani, pisząc dla dziecięcego odbiorcy?
Bliskie jest mi korczakowskie myślenie o dzieciach i kontaktach z nimi. Prowadzę też dużo warsztatów z dziećmi i wiem, jak w określonych sytuacjach zareagują. Wiem, co je irytuje, a co jest dla nich w porządku. I myślę, że nadmierne „cackanie się” z nimi, mówiąc kolokwialnie, jest żenujące. Patrzą wówczas na dorosłych jak na kosmitów. Podeszłam do tematu tak, jakbym pisała każde inne opowiadanie. Oczywiście, pierwsza wersja książki była trochę bardziej rozszalała formalnie.

6. Jaką „bajkę” chciała Pani napisać?
Na pewno nie chciałam napisać jakiejś „bajeczki”. I ta moja pierwsza wersja językowo była mało wdzięczna dla dziecka. Musiałam ją uładzić, ale nie miałam z tym problemu. To raczej było dostosowanie się.

7. Jak długo trwało pisanie książki od momentu, gdy otrzymała Pani propozycję z Wydawnictwa?
Napisałam książkę bardzo szybko. Ja od razu wiedziałam, o czym chcę napisać. Miałam historię już w głowie.

8. I od razu Pani siadła i napisała?
Tak. Ja w ogóle szybko piszę. Jak już siadam, to siadam. Ważne było dla mnie też to, że piszę bajkę tak samo, jak całą resztę. Felieton, opowiadanie, powieść. To jest ten sam sposób myślenia.

9. Profesor Papuzińska powiedziała mi kiedyś podczas rozmowy, że jedni mają predyspozycje, by pisać dla dzieci, inni by pisać dla dorosłych. Czy zauważyła Pani u siebie większe predyspozycje, w którymś kierunku?
Ja czuję się dobrze i w jednej i w drugiej literaturze. Nie wiem, jak mnie odbierają, oczywiście. Natomiast pamiętam, że pierwsza moja bajka „Przygody Vendetty”, która została opublikowana przez Krakowski Bunkier Sztuki, była trochę zwariowana. Tam w każdej serii dla dzieci czuwa psycholog i musiałam tam coś powycinać, bo psycholog powiedziała, że jest zbyt mocna. To była taka opowieść o dziewczynce, która mieszka pod poduszką, o sikających psach. Natomiast dzieci przyjęły ją bardzo dobrze.

W ogóle pisanie dla dzieci czy dorosłych jest ciekawym zjawiskiem. Mój ostatni zbiór opowiadań nosi tytuł „W krainie czarów”, stąd jedna z moich koleżanek, myśląc, że jest to książka dla dzieci, kupiła je swojej jedenastoletniej córce. To zdecydowanie nie są opowiadania dla dzieci. Ale ta córka dopiero przy piątym opowiadaniu, gdy już naprawdę widać było, że to nie dla dzieci, zorientowała się. Czyli ta granica między pisaniem dla dzieci, a pisaniem dla dorosłych jest bardzo cienka.

10. A co złego jest w pojęciu „bajki terapeutyczne”?
Dla mnie nie ma nic złego. Kiedyś prowadziłam zajęcia dla dorosłych o bajkach terapeutycznych i tam próbowaliśmy się już jako dorosłe osoby zastanowić, co to jest i po co. Wiadomo, że są definicje, jest książka „Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni”. Wiemy, skąd co czerpać, natomiast ja bym nie chciała, żeby to była bajka terapeutyczna, dlatego, że pisząc ją, nie kierowałam się wymogami formy takiego tekstu. A druga sprawa jest taka, że ja jestem pisarką, nie psychologiem i nie mam przygotowania psychologicznego, więc raczej bym nie szafowała terapiami u pisarzy. Gdyby ktoś ze specjalistów powiedział, że jest to bajka terapeutyczna, nie mam z tym problemu, raczej bałabym się mówić, że napisałam ją świadomie, bo jestem laikiem w tej kwestii, a wydaje mi się, że to jest duża odpowiedzialność.

11. Miała Pani wpływ na dobór ilustratora, czy wybrało go wydawnictwo?
Zaproponowało wydawnictwo i wysłało pierwsze strony do akceptacji. Mnie się bardzo spodobało to, że są to klasyczne ilustracje.

12. Na koniec zawsze pytam swoich rozmów, o czym marzą. O czym Pani marzy?
Żeby nadal udawało mi się łączyć różne moje aktywności życiowe. I szukam środka, żeby poszerzyć dobę.

Dziękuję za rozmowę!
Rozmawiała Małgorzata Szewczyk, fot. archiwum autorki