Newsletter
Wprowadź swój adres e-mail

BEST - Bezpieczna strona - Certyfikat

Lubię szukać…

Staram się nie mieć utartej ścieżki, którą mógłbym podążać w czasie tworzenia przedstawień” – o realizacji spektaklu „Kot w butach” i o odwracaniu kota ogonem rozmawiamy z reżyserem i kierownikiem artystycznym Teatru Guliwer – Robertem Jaroszem.

MS: Powiedział Pan kiedyś w jednym z wywiadów, że emocje po prostu są. Emocje w teatrze dla dzieci są ważne?
RJ: Jakiś czas temu zastanawiałem się, co jest sednem wykonywanej przeze mnie pracy. Doszedłem do wniosku, że jestem wielkim szczęściarzem, ponieważ pracuję w sektorze upowszechniania empatii. Teatr dla dzieci jest przestrzenią, w której kluczem do zrozumienia treści jest emocjonalne zaangażowanie widza.

U dzieci emocje dopiero się kształtują i tym samym dzieci nie potrafią do końca panować nad nimi. To w teatralnej przestrzeni pomaga czy przeszkadza?
Zdecydowanie pomaga. W przekazach adresowanych do dzieci często pojawia się postać, która na początku swojej drogi jest obdarzona wyjątkową wrażliwością. Owa wrażliwość z jednej strony bywa przyczynkiem do doświadczania krzywdy, a z drugiej do podejmowania szlachetnych decyzji. Rozwój takich postaci najczęściej dokonuje się przez rozpoznanie i nazwanie własnych emocji, celem zaś staje się określenie własnych potrzeb.

Skąd Pan wie, jak zrobić taki spektakl, jak poszukiwać tych emocji w teatrze?
Staram się kierować intuicją. Proponować światy i historie, które nawiążą dialog z percepcją dziecka.

A łatwo jest przewidzieć ten dialog? Czy dzieci reagują podobnie jak dorośli?
Pewne rzeczy można przewidzieć. Z realizacji na realizację ta wiedza się wzbogaca. Pojawia się natomiast pytanie, czy korzystać z tego, co jest tym skarbczykiem doświadczeń, czy cały czas szukać nowych rozwiązań?

I co Pan robi?
Lubię szukać. Staram się nie mieć utartej ścieżki, którą mógłbym podążać w czasie realizacji kolejnych przedstawień. Lubię wyzwania, a ryzyko niepowodzenia jest zawsze. Widziałem już wiele przedstawień i mogę powiedzieć, że wielokrotnie byłem świadkiem sytuacji gdy ten sam spektakl był skrajnie różnie odbierany przez widownię.

„Kota w butach” realizował Pan drugi raz. Łatwiej się robi to samo przedstawienie po raz kolejny?
Owszem, „Kota w butach” realizowałem drugi raz, natomiast nie było to przeniesienie. Pomysł inscenizacyjny był zupełnie nowy, a największą odmiennością było użycie lalek.

Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy „Kocie w butach”. Pański spektakl kończy się trochę inaczej niż to jest w bajce Charlesa Perraulta. Dlaczego zmienia Pan zakończenie?
Tak, jak w oryginale młynarz i księżniczka żyją razem długo i szczęśliwie. Jedynie kotu nie udaje się romans ze złotem, co nie oznacza, że nie będzie szczęśliwy. Mam nadzieję, że Perrault nie będzie mieć mi tego za złe.

Pana spektakl pokazuje też, jak cienka jest ta granica pomiędzy byciem uczciwym, a kłamstwem i cwaniactwem.
Chciałem stworzyć postać młynarza z kręgosłupem moralnym na tyle silnym, że nawet kot w butach nie będzie zdolny go ugiąć, bez względu na to czy pojawia okazja na szybki awans. Nie chciałem postaci, która chwyta się każdej okazji, byleby tylko zdobyć jakiś majątek.

Na koniec moje ulubione pytanie: O czym Pan marzy?

Marzę, żeby kultura była jeszcze bardziej upowszechniona. Bliżej ludzi. Będąc kiedyś w Londynie zwiedzałem galerie i muzea. Były to w zwykłe dni w środku tygodnia, zazwyczaj przed południem. Widywałem wtedy rodziców z dziećmi spacerujących wśród ekspozycji. Oglądali i rozmawiali o tym co widzą. O sztuce. O świecie widzianym czyimś okiem, uchwyconym czyimś talentem. To było coś wspaniałego. Kultura zawiera naszą tożsamość.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Małgorzata Szewczyk, fot. www.pc-drama.blogspot.com