Pogrążanie się w świecie fikcji i przeżywanie jej...
O wpływie dzieciństwa na kształtowanie osobowości człowieka, pasji czytania i nieodzownej roli przypadku rozmawiamy z profesor nauk humanistycznych, autorką opowiadań i wierszy dla dzieci Joanną Papuzińską.
Małgorzata Szewczyk: Wybrała Pani drogę pisarki, co spowodowało, że pisze Pani książki dla dzieci?
Joanna Papuzińska: Na to pytanie jest kilka odpowiedzi. Można powiedzieć najprościej, że spowodowały to prawa podaży i popytu. Kiedy próbowałam coś pisać, podobało się to wydawcom i czytelnikom. Moje utwory ukazywały się w książkach, a książki były poczytne, co było zachętą do pisania następnych.

Ale równie dobrze można powiedzieć, że bezpośrednią inspiracją do twórczości były moje dzieci, ich pomysły, wyobraźnia, zabawy z językiem. Dostarczało to niemalże gotowych pomysłów literackich. Z kolei zainteresowanie dzieciństwem, umiejętność słuchania i obserwowania dzieci, to wynik tradycji rodzinnej, wielu pokoleń belfrów, pedagogów i temu podobnych zawodów. I oczywiście nieodzowna rola przypadku, bo człowiek próbuje w życiu różnych rzeczy, a zatrzymuje się przy tym, co mu wychodzi najlepiej.
MS: Czy w związku z tym, że tworzy Pani literaturę dziecięcą, wciąż czyta Pani książki dla dzieci?
JP: Jestem profesorem zwyczajnym nauk humanistycznych, jednym z niezbyt wielu w Polsce ekspertów w sprawach literatury dziecięcej. Prowadzę wykłady z tej dziedziny już około 40 lat. Dlatego trzymam rękę na pulsie literatury dziecięcej i muszę mieć orientację zarówno w nowościach, jak też w literaturze klasycznej. To bardzo rozległy obszar wiedzy, literatura dziecięca tak polska, jak i światowa jest obecnie bardzo bogata i urozmaicona.
Dzięki temu, że bywam jurorem w wielu konkursach literackich, mam okazję zapoznawać się z utworami dla dzieci, zanim jeszcze są one opublikowane. A pisanie dla dzieci jest, można powiedzieć, zajęciem ubocznym, niekoniecznie musi mieć ono związek ze znajomością lektur, robię to dlatego, że mnie to bawi, sprawia mi satysfakcję, jeśli dobrze pójdzie.
MS: Pobrzmiewa w Pani twórczości echo dziecinnych lat, które jak wiemy, były czasem trudnym, również dla książki?
JP: Każdy pisarz, nie tylko ten piszący dla dzieci, w jakiś sposób nawiązuje do swego dzieciństwa i młodości. Jest to w końcu najważniejszy okres w życiu człowieka, decydujący dla jego przyszłych losów, choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę.
| Czytałam dużo i szybko, miałam ambicje sięgania do lektur moich starszych braci, trochę na wyrost, ale to mi bardzo imponowało. Fascynował mnie sam proces czytania, to pogrążanie się w świecie fikcji i przeżywanie jej. |
W moim dorobku książką najsilniej związaną z własnym dzieciństwem są „Darowane kreski", jest tam wiele faktów związanych z historią mojego życia i mojej rodziny, a nawet fotografie rodzinne. Ale pewnie i w innych moich utworach są jakieś nawiązania do dzieciństwa, choć może głębiej ukryte.
MS: Jakie książki lub postacie szczególnie Pani pamięta z dzieciństwa, (miały wpływ na Pani życie zawodowe)?
JP: Nie byłam zbyt wierną czytelniczką, przywiązaną do jakiejś jednej książki. Czytałam dużo i szybko, miałam ambicje sięgania do lektur moich starszych braci, trochę na wyrost, ale to mi bardzo imponowało. Fascynował mnie sam proces czytania, to pogrążanie się w świecie fikcji i przeżywanie jej.
Natomiast jeśli chodzi o literaturę, która najsilniej się we mnie zapisała i ukształtowała mnie, to chyba była to czytana nam na głos przez ojca poezja „prawdziwa", a nie utwory dla dzieci: Mickiewicz, Norwid, Liebert, Skamandryci. Choć byłam wtedy małą dziewczynką, do dziś te wiersze pamiętam, niektóre znam na pamięć, a przynajmniej ich fragmenty. Z kolei drugim wątkiem mojej edukacji kulturalnej i literackiej był repertuar pieśniowy mojej babci, operowy, ludowy i taki ze „śpiewnika domowego”. Na pewno miało to większe znaczenie dla mojego rozwoju niż same książki dla dzieci. Ale oczywiście zaczytywaliśmy się Brzechwą, Tuwimem, Porazińską, Szelburg-Zarembiną, Makuszyńskim, Loftingiem itp.
| ... człowiek próbuje w życiu różnych rzeczy, a zatrzymuje się przy tym, co mu wychodzi najlepiej. |
W okresie nastoletnim było już nieco gorzej, zapanował wówczas socrealizm i księgarnie były zalane literacką tandetą. Z bibliotek usuwano nawet „Anię z Zielonego wzgórza", nie mówiąc już o takiej biblii pokolenia jak „Kamienie na szaniec". Pożyczało się wtedy książki od koleżanek, jakieś obdarte wycieruchy bez okładek: powieści pensjonarskie, indiańskie, wojenne. Socrealizm wprawdzie trwał tylko parę lat, ale wystarczająco długo, aby moje dzieciństwo się skończyło.
MS: Czy dla dziecka pisze się łatwiej niż dla dorosłego odbiorcy? Co jest ważne, wrażliwość, współczucie?
JP: Nie sądzę, aby to było łatwiej czy trudniej, to chyba jest kwestia jakiejś takiej szufladki w mózgu, albo się ona komuś otwiera, albo też nie. Można wymienić takich twórców, którzy bardzo starali się zdobyć sławę w pisarstwie dla dorosłych i nie udało im się, a w pisaniu dla dzieci okazali się geniuszami - na przykład Makuszyński i Brzechwa, ale są też przykłady zupełnie przeciwne, gdy jakiś znany autor chwyta się za pisanie dla dzieci i niezbyt mu się to dobrze udaje. To są po prostu różne obszary twórczości i nie ma tu jakiejś pionowej hierarchii, to raczej kwestia dyspozycji psychicznych zachowania w sobie dziecka. Choć z pewnością są tacy, którym udaje się i jedno i drugie, ale to raczej rzadkość.
| Trudność polega na tym, aby naprawdę było to ciekawe i warte czytania, co wcale dziś nie jest łatwe, bo Polacy czytają mało, a żeby przekazać dzieciom pasję czytania, trzeba ją samemu posiadać. |
MS: Czy Pippi Pończoszanka to dobra lektura dla dziecka? Według mnie jest to literatura nie do końca dydaktyczna. Bohaterka mieszka sama, jej sposób bycia często ośmiesza dorosłych, obnaża ich fałszywość, dwulicowość. Zachowanie Pippi bywa skandaliczne, do tego opowiadając, często fantazjuje, np. na temat ojca. Czy takie widzenie świata dorosłych nie spowoduje, że dzieci przejmą podobne zachowania?
JP: Jeszcze kilkadziesiąt lat temu toczyły się jakieś spory o Pippi, ale dziś są już dawno przebrzmiałe. Ukazało się wiele utworów znacznie bardziej buntowniczych wobec dorosłych, choćby powieści Roalda Dahla, które podbiły świat. Cały nurt tzw. „antypedagogiki” jest dość popularny, zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Kiedyś w utworach dla dzieci wyśmiewano się głównie z samych dzieci, dziś pozwala się dzieciom na podśmiewanie również z dorosłych, którzy tak naprawdę bywają niezbyt mądrzy i nieodparcie komiczni. To chyba jest bardzo zdrowe od czasu do czasu. Wiąże się to z ogólną zmianą stosunku do dziecka, większą jego akceptacją, która dokonała się w trakcie dwudziestego wieku.
MS: Chciałabym zapytać także o Pani opinię na temat Harrego Pottera, mnie samej jakoś ta lektura nie porwała, może dlatego, że nie lubię książek fantastycznych. Był jednak czas, kiedy Harry Potter był bardzo popularny. Jak ocenia Pani jego warsztat, odbiór, recepcję polską?
JP: Harry Potter odegrał wielką pozytywną rolę w rozbudzeniu zainteresowania czytaniem. Jest kombinacją gatunku fantasy z elementami powieści szkolnej, dobrze zrobioną i w dodatku miał świetną kampanię promocyjną, co dziś nie jest bez znaczenia. Ale chyba ta seria też już pomału odchodzi w przeszłość, podtrzymuje ją może regularne wyświetlanie filmów, ale prawdziwi entuzjaści książki sięgają już po nowe tytuły.
MS: Ludziom pozornie wydaje się, że pisanie jest rzeczą bardzo łatwą, zwłaszcza pisanie dla dzieci, jakich rad udzieliłaby Pani autorom książek dla dzieci?
JP: Zapewne nie jest zbyt wielką sztuką napisanie kilkunastu wierszyków czy bajeczki dla dzieci, a nawet ich opublikowanie. Trudność polega na tym, aby naprawdę było to ciekawe i warte czytania, co wcale dziś nie jest łatwe, bo Polacy czytają mało, a żeby przekazać dzieciom pasję czytania, trzeba ją samemu posiadać.
Młodzi autorzy dobrze sobie radzą, jest w tej chwili cała ekipa doskonałych twórców dla dzieci, nie sądzę, aby potrzebowali oni jakichś porad. Natomiast jeśli chodzi o debiutantów, radziłabym im zwracanie się do dobrych wydawców, o wyrobionej marce, bo tam można się spotkać z rzetelną oceną swojej twórczości.
MS: Poznamy jakąś nową książkę Pani autorstwa?
JP: Owszem, będzie bardzo ciekawe wznowienie moich wierszy z ilustracjami znakomitego Stasysa Eidrigeviciusa, pod tytułem "Opowieść". To będzie prawdziwe cacko edytorskie. Ale będzie i coś nowego, zbiór wierszy zabawnych, do śmiechu, jakby dalszy ciąg moich „Rozwesołków”. Szykuję też zbiór opowiadań „prawdziwych” o zwierzętach, z którymi miałam do czynienia, ale jeszcze tego nie skończyłam.
Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Szewczyk
zdjęcie pochodzi z archiwum pisarki
Joanna Papuzińska (ur. 3 stycznia 1939) – prozaik, poetka, autorka bajek i wierszy dla dzieci. Ukończyła Wydział Dziennikarski na UW. Jest autorką książek i wierszy dla dzieci, takich jak "Nasza mama czarodziejka", "Rokiś" czy "Czarna jama". Wykładała jako profesor na Uniwersytecie Warszawskim. Ma w swoim dorobku rozprawy i artykuły m.in.: z dziedziny krytyki literackiej czy literatury dziecięcej. Członkini Zarządu Polskiej Sekcji IBBY.
